Facebook

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2014

Behemoth - The Satanist. Album który mnie zaskoczył.

W sumie nie wiem, czemu nie pisałem do tej pory o grupie Behemoth... Nergal i spółka często goszczą w moich głośnikach i słuchawkach, a przez ostatnie 10 lat parokrotnie byłem na ich koncertach. Byłem także świadkiem powrotu Nergala na scenę po wyleczeniu białaczki, kiedy 8 maja 2011 wystąpił niezapowiedzianie jako gość podczas katowickiego koncertu Fields Of The Nephilim. Może po prostu do tej pory czekałem na wydanie właśnie TEGO albumu. "The Satanist", bo o nim mowa jest dostępny w sklepach już od ponad miesiąca i spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem na całym świecie, a na amerykańskiej liście sprzedaży albumów Billboard top 200 zadebiutował od razu na 34 miejscu , czyli 21 miejsc wyżej, niż poprzedni album "Evangelion".

Muszę przyznać, że z jednej strony, obserwując stały progres Behemotha w kwestiach aranżacyjno-brzmieniowych spodziewałem się, że płyta będzie stanowiła następny krok w rozwoju kapeli. Spodziewałem się kolejnej płyty z rewelacyjną produkcją, selektywnym brzmieniem pomimo ciężaru i melodią pomiędzy blastami (jakby kto nie wiedział DEFINICJA BLASTA :)). Nie spodziewałem się jednak, że otrzymam płytę z jednej strony melodyjną i przebojową, pełną zaskakujących zmian nastroju i brzmień do jakich na nagraniach Behemotha nie przywykłem, a jednocześnie płytę ciężką, mroczną i w warstwie tekstowej równie bezkompromisową jak poprzedniczki.

Jednak zanim przejdę do peanów na temat muzyki zatrzymam się na chwilę przy tym co widzą oczy. Płytę otrzymujemy w grubej, srebrnej obwolucie, w której znajduje się czarna książka w twardej oprawie. Wewnątrz poza płytą CD i DVD (tak, gratisowo otrzymujemy 95 minutowy koncert na DVD!) znajduje się 22 stronicowy album, zawierający ręcznie kaligrafowane teksty utworów, parę zdań Nergala na temat każdego z nich, oraz reprodukcje serii obrazów namalowanych na potrzeby płyty. Sam sposób wydania płyty robi świetne wrażenie, widać, że zespół, oraz osoby zaangażowane w tworzenie wydawnictwa nie pozostawili nic przypadkowi. Okładka, książeczka, zawarte w niej obrazy, wszystko to jest częścią jednego dzieła. Stąd tez w moim odczuciu świętokradztwem (jak to zabrzmiało :)) byłoby ściąganie płyty w formie MP3. To wydawnictwo TRZEBA mieć w oryginale.



Jak to wszystko brzmi ? Ano brzmi nieco inaczej, niż to do czego Behemoth przyzwyczaił nas wcześniej. Instrumentarium wykorzystane na płycie (choć nie jest to do końca nowość) zawiera m.in. organy hammonda, saksofon, waltornię, czy wiolonczelę. Nie bójcie się jednak, wikipedia nadal klasyfikuje ten album jako death i black metal i tak według mnie powinno pozostać. Nadal mamy znajome z Behemothowych szlagierów blasty grane przez Inferno, jednak są one raczej dopełnieniem, a nie sednem całości. Nergal i Seth nadal precyzyjnie i szybko biją tłumione riffy, jednak coraz częściej przerywają atak i prezentują klasyczne, melodyjne, heavy metalowe, a miejscami wręcz hard rockowe zagrywki. W wokalizach nadal dominuje growling, jednak teksty wydają się być bardziej zrozumiałe, niż chociażby na płycie "Demigod", a wzorem utworu "Lucifer" z poprzedniego albumu wykorzystana została także w kawałku "In The Absence of Light" melorecytacja.
Nawiązania do klasycznego metalowego grania bardzo widoczne są chociażby w rewelacyjnych solówkach, które w moim odczuciu zdecydowanie są ozdobą płyty (np. w utworze "Messe Noire"...poezja !). "The Satanist" często zaskakuje słuchacza nie tylko zmianami tempa (płyta jest generalnie wolniejsza niż wcześniejsze), ale także akustycznymi wstawkami, które z przerywników urosły do miana pełnoprawnych elementów utworów.

Wszystko fajnie, tylko zaraz ktoś zapyta "A gdzie stary, dobry Behemoth !?". Otóż on tam nadal jest, tylko bardziej dojrzały, bardziej wysublimowany. Nergal nadal naciera bezkompromisowymi tekstami o znajomej tematyce, gdzie wątki biblijne przeplatają się z obrazami niewieścich łon rodzących węże ("Blow Your Trumpets Gabriel"), a Szatan jest bohaterem nie jednego wersu. Oczywiście ocena treści jakie prezentuje Nergal to indywidualna sprawa, można traktować je na poważnie, albo w kategoriach intelektualnej prowokacji, pewne jest, że ciężko przejść obok nich obojętnie.

Na pewno można zastanowić się jaka będzie kolejna, hipotetyczna płyta Behemotha? Wydaje mi się, że albumem "The Satanist" zespół osiągnął pewną granicę estetyczną. Jeśli Nergal i spółka zdecydują się iść w stronę grania melodyjnego, w stronę piosenek i szerszego grona odbiorców, może to oznaczać zmianę której nawet lojalni fani już nie przełkną. Z drugiej strony, znając Adama Darskiego (a cała Polska poznała go przez ostatnie parę lat całkiem nieźle) stagnacja, czy też regres są wykluczone. Na pewno będzie ciekawie

Na koniec chciałem jeszcze wspomnieć o bonusowej płycie DVD dołączonej do albumu. Zawiera ona zapis koncertu Behemotha, który odbył się w roku 2012 w rosyjskim Jekaterynburgu. Sam koncert jest ponad dwa razy dłuższy niż album stanowiący główne danie i po jego obejrzeniu muszę przyznać, że obroniłby się także jako osobne wydawnictwo. Świetny bonusowy dodatek.

Patrząc na wydawnictwo jako całość, należy "The Satanist" ocenić bardzo wysoko. Oczywiście blackened-death-metalowi puryści mogą obrażać się na wolniejsze tempo i saksofon ale dla mnie jest to mocne 8/10 .

Już na samo samiutkie zakończenie przydługiej recenzji chciałem przytoczyć fragment dramatu "Ślub" Witolda Gombrowicza, który został wykorzystany w utworze "In The Absence Of Light".

"Odrzucam wszelki ład, wszelką ideę
Nie ufam żadnej abstrakcji, doktrynie
Nie wierzę ani w Boga, ani w Rozum!
Dość już tych Bogów! Dajcie mi człowieka!
Niech będzie, jak ja, mętny, niedojrzały
Nieukończony, ciemny i niejasny
Abym z nim tańczył! Bawił się z nim! Z nim walczył
Przed nim udawał! Do niego się wdzięczył!
I jego gwałcił, w nim się kochał, na nim
Stwarzał się wciąż na nowo, nim rósł i tak rosnąc
Sam sobie dawał ślub w kościele ludzkim!"

czwartek, 20 czerwca 2013

Black Sabbath 13 - recenzja płyty - powrót legendy

Fani Black Sabbath (do których naturalnie zaliczam się także ja) czekali na nową płytę studyjną Black Sabbath od roku 1995, kiedy to ukazało się wybitnie przeciętne wydawnictwo "Forbidden". Jeszcze dłużej przyszło czekać na kolejny studyjny krążek z najsłynniejszym wokalistą, Ozzy Osbourn'em na wokalu, ostatnią bowiem płytą jaką nagrał Ozzy z Black Sabbath było "Never Say Die" z 1978 roku. Owszem, były w tzw. międzyczasie wydawane różne koncertówki, kompilacje, była także wydana w 2009 roku płyta "The Devil You Know", gdzie funkcję wokalisty pełnił Ronnie James Dio, która jednak ze względów prawnych ukazała się pod szyldem Heaven And Hell.

Tak, czy inaczej udało się. Coś, co wydawało się jeszcze niedawno niemożliwe stało się faktem. Black Sabbath wydał dziewiątą studyjną płytę z Ozzym na wokalu. Sytuację skomplikowało co prawda wykrycie raka u gitarzysty, Tony'ego Iommi, który komponował i nagrywał ścieżki przechodząc chemioterapię. Z różnych przyczyn (wymieniane są finanse i brak formy pozwalającej na udział w trasie koncertowej) do zespołu nie dołączył oryginalny perusista, Bill Ward, w studiu zastąpił go znany z Rage Against The Machine i Audioslave - Brad Wilk. Producentem albumu został z kolei słynny Rick Rubin, znany między innymi z produkcji nagrań zespołów Metallica, Slayer, AC/DC, ale także Lany Del Ray, Justina Timberlake, czy RUN D.M.C. Celem Rubina stało się wyprodukowanie dzieła, które miało brzmieć jak stary, klasyczny Sabbath. Płyta została nagrana w dużej części przez zespół grający "na żywo". Ozzy, Geezer i Tony przygotowywali się do sesji słuchając wspólnie swoich starych nagrań, media nakręcały atmosferę, a fani zastanawiali się, czy Black Sabbath osiągnie poziom sprzed lat.

Płyta ukazała się na rynku w drugim tygodniu czerwca, jej wydanie poprzedziła publikacja opisanego już przeze mnie singla "God is Dead?". Album dostępny jest w dwóch wersjach, zwykłej 8-utworowej, oraz deluxe, rozszerzonej o płytę z trzema dodatkowymi numerami. W USA dostępna jest także wersja z czwartym bonusem, utworem Naivete in Black. Okładka płyty utrzymana jest w mrocznym nastroju, znajduje się na niej zdjęcie płonącej liczby "13", na tle nocnego nieba i zarysów suchych drzew. Tytuł płyty, według słów Ozzy'ego nawiązuje do trzynastu lat wzajemnych podchodów, spotkań i rozstań, oraz procesów sądowych, jakie wytaczali sobie członkowie zespołu, zanim wreszcie spotkali się w studio.



Wspomniany wcześniej zamysł Ricka Rubina, żeby nagrać płytę surową, o pierwotnym brzmieniu był według mnie jak najbardziej słuszny i w praktyce został zrealizowany perfekcyjnie. Od pierwszych dźwięków otwierającego krążek "End Of The Beginning" słychać, że Black Sabbath wrócił na dobre. Potężne brzmienie gitary i basu, który jak za dawnych lat dubluje riffy jest rewelacyjne. Ozzy śpiewa w niższych rejestrach niż zwykle, zgodnie z decyzją producenta nie forsuje głosu i pozostaje w swojej naturalnej skali. Kompozycyjnie zespół bardzo mocno nawiązuje do swoich najlepszych dokonań. Utwory z "13" mogły równie dobrze powstać w latach 1971-72, gdzieś pomiędzy płytami "Master of Reality" a "Vol. 4". Pierwszy utwór rozpoczyna się powoli, ociężale, po to, aby w środkowej części przyspieszyć i zakończyć się dość długą solówką. Oczywiste dla słuchacza są nawiązania do kompozycji z początku lat 70-tych, jednak moim zdaniem nie stanowi to zarzutu. Można utyskiwać, że Black Sabbath naśladuje sam siebie, jednak czy nie jest to właśnie to, czego fani oczekiwali? Opisywany już wcześniej, singlowy "God is Dead?" utrzymany jest w podobnym, dość wolnym tempie, jednak różni się dość znacznie od swojego poprzednika na płycie. Tony Iommi w zwrotce gra na czystym kanale, a w całym utworze przewodnią rolę pełni doskonale klekoczący bas Geezera. Trzeci kawałek, "Loner" zaczyna się szybszym, dynamiczniejszym riffem, Sabbathowy walec przyspiesza podczas pierwszych dwóch zwrotek, po czym wyśpiewane przez Ozzyego "Aaaalllright Now!" przynosi chwilę uspokojenia, a potem kolejne dynamiczne riffy i solówkę. Tekst utworu zdaje się być kontynuacją piosenki "Johny Blade" z 1978 roku, "A friend to no one. He's got no place to go", sugestywnie śpiewa Ozzy, snując historię o wyalienowanym indywidualiście. Czwarty numer - "Zeitgeist" chyba najbardziej bezpośrednio nawiązuje do dawnych lat. Akustyczna gitara i bongosy w tle bardzo przypominają bowiem nagrany 43 lata temu "Planet Caravan", akcenty na pianinie mogą z kolei przypominać niektóre momenty z płyt "Vol.4', lub "Sabbath Bloody Sabbath". Początkowe cztery utwory stanowią jakby jedną całość, akustyczny "Zeitgeist" uspokaja słuchacza, żeby przygotować go na drugą połowę albumu, którą otwiera "Age of Reason". Po dwóch frazach samotnej perkusji której akompaniuje tylko cichy odgłos strun, dotykanych przez przygotowującego się do grania Iommiego słyszymy melodyjny wstęp, poprzedzający jeden z najlepszych riffów zwrotkowych na płycie. Ozzy szaleńczo pyta nas "Do you hear the thunder, raging in the sky?" i słyszymy, że Sabbathowy motor rozgrzał się na dobre. Muzyka zaczyna wręcz hipnotyzować i przenosi nas do ciemnych i zadymionych klubów w robotniczym Birmingham, gdzie Black Sabbath rozpoczynał karierę. "Age of Reason" jest utworem składającym się z co najmniej trzech osobnych części, spiętych podstawowym, melodyjnym riffem. Pierwsze motoryczne zwrotki przechodzą w dynamiczną część środkową, po której następuje melodyjny most spinający z rewelacyjną częścią solówkową. To co dzieje się od piątej minuty utworu należy dla mnie do najgenialniejszych dokonań zespołu, na równi z dziełami takimi jak "Megalomania", "Heaven and Hell", czy "When Death Calls"... nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy, przez ostatnie kilka dni słuchałem "Age of Reason", za każdym razem mając gęsią skórkę ... Kolejnym perfekcyjnym kawałkiem na płycie "13" jest przedostatni "Damaged Soul". Tym razem zespół zaskoczył słuchaczy prezentując utwór bardzo głęboko zakorzeniony w klasycznym bluesie. Tak grającego Sabbath jeszcze nie było, mrocznym dźwiękom basu i gitary akompaniuje Ozzy, grający na harmonijce ustnej, a Brad Wilk bębni niczym młody Bill Ward. Ozzy zawodzi "Born in a graveyard, adopted by sin", solówka Iommi'ego brzmi tak spontanicznie i świeżo, jakby była zaimprowizowana podczas sesji nagraniowej. Po genialnym "Damaged Soul", następuje zamykający podstawowe wydanie płyty utwór "Dear Father", który kończą odgłosy gromów, deszczu i dzwonów. Płyta "13" kończy się więc tak samo, jak 43 lata wcześniej zaczynał się debiutancki album grupy.

Tak jak wspomniałem na wstępie, do wersji deluxe albumu dołączono drugi krążek, zawierający trzy bonusowe utwory: "Methademic", "Piece of Mind"i "Pariah". Już słuchając pierwszego z nich rozumiemy, czemu zespół postanowił wydać je na osobnej płycie. Bonusowe utwory są w zupełnie innym klimacie , niż 8 utworów na płycie podstawowej, są szybsze, bardziej dynamiczne, przypominają nieco utwory znane z solowych płyt Osbourne'a. Generalnie druga płytka jest bardzo dobrym dopełnieniem albumu, jednak cieszę się, że te trzy utwory znalazły się na osobnym krążku. Dzięki temu został utrzymany mroczny, ciężki i duszny klimat płyty podstawowej, po której przesłuchaniu możemy - aczkolwiek nie musimy - rozruszać się utworami bonusowymi.

Osobny akapit warto poświęcić produkcji i brzmieniu albumu. Rickowi Rubinowi udało się uzyskać brzmienie jednocześnie przejrzyste i naturalne, bez utraty ciężaru kompozycji. Bardzo podobają mi się momenty, w których wyraźnie słychać mimowolne potrącenia tłumionych strun, przed utworem "Dear Father" pozostawiono nawet dźwięk przełączania efektu nogą - charakterystyczne kliknięcie. Dzięki tym zabiegom słuchacz ma wrażenie, że stoi i gra przed nim prawdziwy, żywy zespół



Już po tygodniu od rozpoczęcia sprzedaży album "13" osiągnął ogromny sukces komercyjny. Na większości list sprzedaży debiutował od razu na pierwszej pozycji. Sprzedaż w USA w pierwszym tygodniu po premierze wyniosła 141 tysięcy egzemplarzy i jak dziś ogłoszono, Black Sabbath po raz pierwszy w swojej niemal 45 letniej historii znalazł się na czele listy Billboardu.

Jak ocenić płytę? Muszę, przyznać, że w przypadku Black Sabbath nie potrafię być obiektywny. Sceptycy mogą zarzucić, że Black Sabbath kopiuje samych siebie, z czym w sumie ciężko się nie zgodzić. Jednak z drugiej strony, nikt chyba nie spodziewał się, że "13" będzie albumem nie odnoszącym się do przeszłości, wręcz każdy oczekiwał, że Black Sabbath nawiąże do korzeni. Jak napisałem powyżej, nawiązania te są miejscami oczywiste, jednak ostatecznie trio 65-latków skomponowało i nagrało album jednocześnie świeży i stojący na równi z ich największymi dokonaniami.

Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 18 lutego 2013

Destructive Daisy - recenzja debiutu

Dziś coś zupełnie z innej beczki, zamiast tradycyjnego tłumaczenia postanowiłem zrecenzować debiutancką płytę jednej z ciekawszych trójmiejskich kapel, z jakimi miałem okazję obcować, czyli w 100% żeńskiego kwartetu Destructive Daisy.

W ostatnią sobotę trochę z przypadku, a trochę z ciekawości trafiłem do gdańskiego klubu Mechanik, na koncert kapel Carnage i Destructive Daisy. Carnage dobrze znam, także ze wspólnych występów, wiedziałem więc czego mogę się spodziewać po ich występie. O Destructive Daisy wiedziałem z kolei tyle, ile przekazał mi kolega Karol z zaprzyjaźnionego zespołu Krunkera, czyli, że jest to kapela złożona z urodziwych niewiast, fajnie gra i fajnie brzmi. Jak się okazało, Karol mówił prawdę. Koncert bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, mimo pewnych niedostatków w brzmieniu, spowodowanych brakiem odpowiedniego nagłośnienia, oraz osoby odpowiedzialnej za realizację dźwięku (co jest niestety stałą przypadłością trójmiejskich klubów). Destructive Daisy przekazały publiczności solidną dawkę rockowej energii, okraszonej poprawną techniką i ciekawym image grupy. Po koncercie udało mi się nabyć drogą wyżebrania od członkiń zespołu ich wydaną własnym sumptem, debiutancką EP-kę.



Zacznę może od tego, że już na pierwszy rzut oka widać, że dziewczyny na poważnie podeszły do tematu, pod względem prezencji płytka wygląda bardzo profesjonalnie. Porządnie zaprojektowana okładka z rysunkiem przedstawiającym coś na kształt disneyowskiej Daisy, ucharakteryzowanej na logo gangu motocyklowego sygnalizuje, że nie będziemy mieli do czynienia z grzecznym graniem. Z tylnej okładki możemy dowiedzieć się, że na płytce znajdziemy 5 utworów, oraz poznać skład zespołu. Prosto, czytelnie i do rzeczy.



Po włożeniu płyty do odtwarzacza i wciśnięciu "Play" od pierwszych sekund słuchacza atakuje zwarta sekcja rytmiczna, z wyraźnie wysuniętym do przodu basem i mocno przesterowaną gitarą, wypluwającą hardrockowy riff. Perkusja od samego początku pozostaje nieco w tle, zostawiając miejsce dla rytmicznych riffów i pulsującego basu. Wokalistka Audri stylem śpiewania kojarzy mi się z Courtney Love, lub Shirley Manson z Garbage. Po pierwszych dwóch numerach - "Road To Ruin", oraz "Death Car" można już powiedzieć, że mamy do czynienia z wyjątkowo mocnym debiutem. Ostre i proste rockowe numery, przejmujący, opętańczy, przechodzący niekiedy w krzyk śpiew, do tego sekcja rytmiczna ze świetnie brzmiącym basem. Soczyste, często grane z tłumieniem riffy gitarowe dopełniane są przez dosyć oszczędne, lecz poprawnie zagrane solówki. Dwa początkowe utwory instrumentalnie utrzymane są w stylu klasycznego hardrocka z elementami metalu, wyraźnie , szczególnie w "Road to Ruin" usłyszeć można inspirację Motorhead. Brzmienie instrumentów jest surowe, bez zbędnego efekciarstwa. Wokal z kolei, to zupełnie inna para kaloszy - styl śpiewania Audri jest "grungeowo - postpunkowy" i przynosi na myśl takie zespoły jak Hole, czy L7.



Po dwóch dynamicznych utworach przychodzi czas na chwilę uspokojenia. Trzeci numer - "Panic", jest według mnie najlepszy na EP-ce. Powolny, oparty w zasadzie na dwóch riffach motyw przewodni, leniwa gra perkusji i hipnotyzujący bas budują mroczny nastrój. Klimat buduje także gitara, która dzięki grze na pełnych, nie tłumionych akordach, oraz użytych efektach jest bardziej przestrzenna, niż w poprzednich utworach. W połowie utworu w tle pojawiają się nawet dźwięki grane na klawiszach. Całość kojarzy mi się z kawałkiem "Mailman" Soundgardenów, z płyty "Superunknown". "Panic" wydaje się być utworem wyraźnie dzielącym Ep-kę na pół. O ile pierwsze dwa utwory stanowiły ukłon w stronę hardrocka, to dwa ostatnie siedzą głęboko w Seattle. "Barbed Wire" i "Teabuzz" mogły z powodzeniem być zagrane 25 lat temu w klubach miasta z którego wywodzi się grunge, najbardziej kojarzą mi się z pierwszymi dokonaniami Nirvany z płyty "Bleach".

Jak na płytę nagraną własnymi środkami, przez bądź co bądź amatorski, młody zespół, Ep-ka Destructive Daisy brzmi dobrze. Wydaje mi się (aczkolwiek mogę się mylić), że muzyka w większości nagrana została na "setę" (to znaczy przez zespół grający na żywo, a nie instrument po instrumencie), co znacznie zmniejsza możliwości manipulacji brzmieniem, ale z drugiej strony dodaje muzyce autentyzmu. Surowe i nieco brudne brzmienie nagrań jednych może razić, jednak dla innych będzie atutem. Jeżeli już miałbym napisać o płytce coś negatywnego, to moim zdaniem zdecydowanie za cicho w stosunku do reszty instrumentów jest perkusja, która często po prostu zostaje zdominowana przez bas i ostrą gitarę. Drugim mankamentem może być miejscami niewyraźna artykulacja partii wokalu, przez co często ciężko zrozumieć śpiewane słowa.

Podsumowując przyznać trzeba, że dziewczyny z Destructive Daisy odwaliły kawał dobrej roboty i mają sporą szansę na zaistnienie nie tylko na naszej lokalnej, zdominowanej przez sztampowy metal, oraz pseudointelektualny indie rock, scenie muzycznej. Ja na pewno będę trzymał kciuki. Płytę można bezpłatnie ściągnąć z serwisu Bandcamp, co polecam czym prędzej uczynić.

Moja ocena: 4/5

Destructive Daisy

vocal:Audri
guitar:Magda
bass guitar:Kleo
drums:Ada

Mix&Mastering - Michał Miegoń (Music Saloon Studio)

Płyta do ściągnięcia http://destructivedaisy.bandcamp.com/